Mam swoje małe rytuały, które z zewnątrz mogą wyglądać zupełnie niepozornie.
Kilka minut z rollerem. Gua sha. Pielęgnacja twarzy. Krem. Chwila przed lustrem.
Czy zmienią moje życie? Oczywiście, że nie.
Ale czy sprawiają, że na kilka minut zatrzymuję się i skupiam tylko na sobie? Zdecydowanie tak.
I właśnie dlatego coraz bardziej lubię takie drobne rytuały.
Żyjemy bardzo szybko. Przechodzimy od jednego zadania do drugiego, odpowiadamy na wiadomości, pracujemy, organizujemy życie swoje i innych. Czasami cały dzień mija, zanim zdążymy naprawdę zauważyć, jak się czujemy.
A pielęgnacja może być czymś więcej niż tylko kolejnym etapem porannej czy wieczornej rutyny.
Może być chwilą, w której przypominamy sobie: „Hej, ja też jestem ważna”.
Nie chodzi o perfekcyjną skórę, brak zmarszczek czy wieczne zatrzymywanie czasu. Nie chcę udawać, że nie zależy mi na wyglądzie — oczywiście, że zależy. Lubię czuć się zadbana i dobrze ze sobą.
Ale coraz bardziej wierzę, że największym luksusem jest nie wygląd bez żadnej skazy, tylko dobre samopoczucie we własnym ciele.
Dlatego lubię te kilka minut przed lustrem.
Nie po to, żeby szukać tego, co jeszcze trzeba poprawić.
Tylko żeby przez chwilę zobaczyć siebie taką, jaka jestem.