Mam wrażenie, że współczesne kobiety bardzo często słyszą, że powinny robić więcej.

Więcej ćwiczyć. Więcej pracować. Zdrowiej jeść. Lepiej wyglądać. Rozwijać się. Odpoczywać. Dbać o relacje. Znaleźć czas dla siebie.

A przecież ciało czasami mówi coś zupełnie innego.

„Zwolnij”.

Dlatego coraz częściej zamiast pytać siebie: „Co jeszcze dzisiaj powinnam zrobić?”, pytam: „Czego dzisiaj potrzebuję?”.

Czasami odpowiedzią jest trening. Innym razem długi spacer. A czasami kilkanaście minut spokojnego rozciągania, bez muzyki, bez zegarka i bez żadnego celu.

Lubię ten moment, kiedy ciało zaczyna się rozluźniać. Kiedy zauważam napięcia, których wcześniej nawet nie czułam. Kiedy przypominam sobie, że ciało nie jest tylko czymś, co ma dobrze wyglądać. Ono ma nam przede wszystkim służyć – pozwalać pracować, podróżować, tańczyć, śmiać się, przytulać, być aktywnym i po prostu żyć.

I chyba właśnie dlatego zmieniło się moje podejście do ruchu.

Nie chcę już ćwiczyć wyłącznie po to, żeby coś poprawić w lustrze. Chcę się ruszać, żeby dobrze czuć się w swoim ciele.

To ogromna różnica.

Bo zdrowy styl życia nie powinien być nieustanną walką ze sobą. Powinien być formą przyjaźni ze swoim ciałem.

I może czasami najzdrowszą rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić, nie jest „więcej”.

Tylko trochę mniej.