Są takie poranki, kiedy pierwszą rzeczą, o której myślę, jest lista rzeczy do zrobienia. Pacjenci, telefony, wiadomości, spotkania, decyzje. Zanim jeszcze dobrze rozpocznę dzień, głowa już pracuje na najwyższych obrotach.

Dlatego coraz bardziej doceniam te kilka pierwszych minut, kiedy jeszcze nic nie muszę.

Szklanka wody, spokojny poranek, piżama, czasem otwarte okno i chwila bez telefonu. Niby nic. A jednak właśnie takie drobne momenty zaczęłam traktować jako jeden z moich najważniejszych zdrowych nawyków.

Przez lata wydawało mi się, że dbanie o siebie musi być czymś większym. Treningiem, dietą, konkretnym planem, kolejnym celem do osiągnięcia. Dzisiaj patrzę na to trochę inaczej.

Zdrowie bardzo często budujemy wtedy, kiedy nikt na nas nie patrzy. Kiedy wybieramy wodę zamiast kolejnej kawy. Kiedy idziemy wcześniej spać, mimo że moglibyśmy jeszcze godzinę pracować. Kiedy robimy sobie dzień bez poczucia, że odpoczynek trzeba sobie najpierw „zasłużyć”.

I chyba właśnie tego uczę się najbardziej – że dbanie o siebie nie powinno być kolejnym obowiązkiem na liście. Ma być czymś, co daje nam energię do życia, a nie kolejnym zadaniem do wykonania.

Dlatego lubię takie poranki. Jeszcze zanim zacznie się cały świat, mam kilka minut tylko dla siebie.